autorka: Anna Brzezińska-Czerska

O tym, jak o mały włos nie zawalił się socjalizm, co robią artyści na placu zabaw i do czego służyć może szpula kabla, rozmawiamy z architektami Marią i Michałem Piechotkami.

 

Muszla - ta nazwa funkcjonuje już w trzecim pokoleniu. Państwo też tak nazywają rzeźbę z placu zabaw przy ul. Skalbmierskiej w Warszawie?

Michał Piechotka: Częściej nazywamy ją przeplotnią. Ale możemy mówić po prostu o „wielofunkcyjnym elemencie placu zabaw”. To prawie jak trzepak.

Gdy pod koniec lat 50. skończyli Państwo pracę nad osiedlem Bielany I, na placu zabaw z muszlą pojawili się politycy i zagraniczni dziennikarze. To było miejsce było szczególne?

Maria Piechotka: I czas był szczególny, bo przełomowy. Zmiana kierownictwa, zmiana polityki. Osiedle, które projektowaliśmy wraz z mężem Kazimierzem, zostało uznane za pierwsze postsocrealistyczne. Wprowadziliśmy tam szereg zmian wobec praktyki budownictwa lat 50., m.in. nowy typ okien, rozwiązanie elewacji.

Pewnego dnia zostaliśmy zawiadomieni, że o określonej godzinie mamy się stawić przy ulicy Skalbmierskiej. Nic więcej nam nie powiedziano. Na miejscu okazało się, że przyjechali wszyscy święci – „gospodarska wizyta”. Byli Gomułka, Cyrankiewicz, prezydent miasta, naczelny architekt... Obejrzeli wszystko i ktoś podobno usłyszał, jak Cyrankiewicz powiedział do Gomułki: „Popatrzcie towarzyszu, Piechotkowie zrobili lufciki w oknach i socjalizm się nie zawalił”.

Docenili to?

Maria Piechotka: Następnego dnia otrzymaliśmy paszporty do Francji, żeby zobaczyć, jak się na świecie buduje. Wkrótce dostaliśmy za to osiedle nagrodę miasta stołecznego Warszawy i nagrodę ministra budownictwa.

 Uczestnicy „gospodarskiej wizyty” na placu zabaw z muszlą w 1958 r. Fot. Zbyszko Siemaszko, Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Znakiem rozpoznawczym tego osiedla są nie tylko okna, lecz także charakterystyczna cegiełka na elewacjach.

Maria Piechotka: Budynki budowano wówczas z cegły albo pustaków w bardzo niechlujny sposób. Potem dziesiątkami lat czekały nietynkowane. Tak było z Kasprowicza i al. Zjednoczenia. Myśmy doszli do wniosku, że trzeba tak to opracować, żeby od razy było gotowe. Stan rzemiosła budowlanego był u nas tragiczny. Nie było fachowych murarzy, a głównie chłoporobotnicy. Murowali byle jak, byle prędko – najważniejsze było wykonanie „planu”. Więc wymyśliliśmy z mężem, że ściany zewnętrzne będą murowane z białej cegły silikatowej, a okna osadzane w prefabrykowanych ramkach z betonu. Tynkowanie elewacji nie było już potrzebne.

 Muszla to jedyny w pełni zachowany element placu. Ostała się też piaskownica, choć w nieco już okrojonej formie. Źródło: „Architektura”, nr 7/1958

Nietypowy był również sam plac zabaw, na którym stoi odrestaurowana niedawno muszla.

Maria Piechotka: Były tam huśtawki, tzw. ważki, zjeżdżalnia, piaskownica i przeplotnia. Muszla w oryginale, tak jak i teraz, była czarno-biała. Chyba miała jakiś element czerwony, ciepłoczerwony, ale dziś trudno sobie przypomnieć, który to był dokładnie.

Malowali ją wybitni plastycy - państwo Hanna i Gabriel Rechowiczowie. Razem z Edwardem Krasińskim, teraz wielką sławą, zrobili całą tę kompozycję. Za formą, a nie wbrew formie. Celem było podkreślenie kształtu rzeźby.

Michał Piechotka: A to nie jedyni artyści zaangażowani w tę przestrzeń. Na ścianie budynku sąsiadującego z placem miał powstać mural Marka Włodarskiego, wybitnego malarza.

Dziś jest jedynie napis farbą - Hutnik. Co było na projekcie Włodarskiego? Dlaczego nie został zrealizowany?

Michał Piechotka: Włodarski na ścianie zaplanował słońce i bawiące się dzieci. Dlaczego obraz nie powstał, trudno powiedzieć. Albo nie było woli politycznej, bo władze uznały że to zbyt awangardowe, albo po prostu projekt „zeszedł z planu”. Tak po prostu kiedyś bywało.

 Rys. Maria i Kazimierz Piechotka, źródło: "Architektura" nr 7/1958

Elementy, które udało się zrealizować, nie zachowały się w pełni. Muszla to wyjątek.

Michał Piechotka: Na początku lat dwutysięcznych postanowiono uporządkować plac zabaw. Ogrodzono teren płotem z siatki, zrobiono namiastkę trawnika ze sztucznej wykładziny, a w donicach wzdłuż posadzono iglaki. Niestety najpierw się ktoś „zaopiekował” zielenią, potem rozebrano to ogrodzenie.

A samo wyposażenie?

Michał Piechotka: Chciano wszystko usunąć – łącznie z przeplotnią. Zamienić te urządzenia, które zresztą były już w opłakanym stanie, na atestowane, bezpieczne, ekologiczne.

Ostatecznie wyburzono zjeżdżalnię, zdemontowano huśtawki. Ale gdy zaczęto wyburzać piaskownicę, poszedłem tam z burmistrzem, bo pracowałem wówczas w urzędzie, i stwierdziliśmy, że nie ma sensu wszystkiego niszczyć, wystarczy wymienić deski. Dzięki temu spora część piaskownicy przypominającej plastry miodu ocalała. I ocalała też przeplotnia.

 Muszla w 2017 r. Muszla często zmieniała sukienkę - przez dziesięciolecia pokryta została kilkoma warstwami kolorowej farby. Renowacja rzeźby objęła także konserwację betonu, który na kilka miesięcy przed rozpoczęciem realizacji projektu zaczął widocznie pękać. Fot. Anna Brzezińska-Czerska.

 Muszla w 2018 r. Nowa szata dla muszli, inspirowana tą sprzed lat, to efekt pracy artystów z Fundacji VlepVnet. Autorzy projektu plastycznego – znajdują się na zdjęciu po lewej stronie. Fot. Maciej Czerski.

Nie wszyscy się zapewne ucieszyli. W świecie atestowanego plastiku twardy beton napawa lękiem.

Michał Piechotka: Ja sam nigdzie lepiej się nie bawiłem jak na budowie. Skakało się po stertach cegieł, piachu, huśtało na dźwigu. Siniaki oczywiście były. Nie ma wyjścia.

Czytałem ostatnio, że robienie obłych zabawek z plastiku, na których nie można sobie zrobić krzywdy, jest niebezpieczne, ponieważ oducza dziecko zwracania uwagi na ryzyko. Tymczasem normalną rzeczą u młodego człowieka jest siniak, nabicie sobie guza czy stłuczenie kolan. Kto nie spadł z roweru?

Maria Piechotka: Ważne, by zabawa pobudzała wyobraźnię. Można sobie wyobrazić, że to jest pociąg, a kiedy indziej smok.

Michał Piechotka: Myśmy jako dzieci mieli niedaleko wielką szpulę od kabla. Raz była twierdzą, raz igloo albo okrętem. Turlaliśmy ją po jezdni. To była zabawka!

 Fot. „Stolica” nr 17/1958

Fot. Edmund Kupiec, ze zbiorów pana Michała Piechotka

W podobnym czasie co plac z muszlą powstawały inne odważne konstrukcje do zabawy. Dowodzi tego plenerowa wystawa, której wernisaż towarzyszył odsłonięciu muszli.

Maria Piechotka: To był okres stosunkowo krótki, w którym władza miała inne rzeczy na głowie i mniej patrzała na ręce architektom. Był to też czas odrodzenia spółdzielczości, najlepszy okres w mieszkaniówce. Powstawały Sady Żoliborskie, Zatrasie czy Rakowiec.

Michał Piechotka: Na Sadach Żoliborskich stał samolot. Prawdziwy, pasażerski, przedwojenny. Można było do niego wejść i „latać”.

Na jednym z osiedli w Lublinie do dziś stoi rakieta z lat 60. Tak jak w Warszawie dzieci idą „na muszlę”, tam wybierają się „na rakietę”.

Maria Piechotka: Taka przestrzeń ma pobudzać wyobraźnię. Plac ma być jak ta szpula kabla. Dziś zamiast w pociąg bawimy się w komputer.

Nic w tym złego. Tylko proporcje trzeba zachować.

Michał Piechotka: Tak, ale w piłkę nie sposób już grać na podwórku, by nie trafić w samochód.

Pamiętają państwo, z jakim odbiorem kiedyś spotykała się muszla?

Michał Piechotka: Patrząc na to, ile osób wspomina tam swoje zabawy, to chyba dobrym.

Maria Piechotka: W moim odczuciu przyjęcie było pozytywne. Pewnie dlatego, że ten plac tworzy centrum całego zespołu zabudowy.

A centrum życia miała być kawiarnia?

Maria Piechotka: Obok placu, w podcieniu budynku, które miało być otwartą przestrzenią. Teraz podcień jest zabudowany, jest w fatalnym stanie technicznym i estetycznym, oszpeca otoczenie. Moim zdaniem jest możliwość przywrócenia mu pierwotnej formy.

Placowi zabaw już nie. Choć muszla, ważka, plaster miodu – to wciąż może inspirować.

Maria Piechotka: Osiedla się starzeją. Przychodzą kolejne fale pokoleniowe. Jak to się budowało, to mieszkania dostawali na ogół ludzie młodzi, dużo było dzieci i duże zapotrzebowanie na zabawę. Podobnie jak teraz, przedszkoli i żłobków było mało. To podwórko było miejscem spotkań. Tylko czy w dobie wirtualnej zabawy plac realny ma sens?

 Pani Maria Piechotka w otoczeniu autorek projektu „Muszla Bielańska” – z lewej: Marta Baranowska odpowiedzialna za wystawę, z prawej - Anna Brzezińska-Czerska, inicjatorka renowacji i towarzyszących jej działań. Fot. Michał Piechotka

 

Maria i Kazimierz Piechotkowie projektowali m.in. warszawskie osiedla mieszkaniowe. Więcej o architektach: https://culture.pl/pl/tworca/maria-i-kazimierz-piechotkowie.

 {youtube}uOXJni0S1z0{/youtube}

Polska Kronika Filmowa, 1959. Źródło: youtube.com

Muszla bielańska – rzeźba autorstwa państwa Marii i Kazimierza Piechotków, nad której formą plastyczną czuwali Hanna i Gabriel Rechowiczowie. Powstała wraz z osiedlem jako element modelowego placu zabaw końca lat 50.

Dzięki inicjatywie Anny Brzezińskiej-Czerskiej oraz wsparciu innych mieszkańców dzielnicy muszla została odrestaurowana w tym roku w ramach Budżetu partycypacyjnego. W pracę nad jej nowym wyglądem, poza samymi autorami, zaangażowali się m.in. architekci ze Skweru Sportów Miejskich i Centrali, artyści z Fundacji Vlepvnet oraz lokalni aktywiści.

 

Artykuł powstał dzięki wsparciu finansowemu m.st. Warszawa.

autorka: Anna Brzezińska-Czerska

Współautorka projektu „W małym kinie” Fundacji Obserwatorium, reżyserka filmów „Chodziliśmy zawsze do kina” i „Neonowiec”. Badaczka neonów, autorka etiudy „Neonowiec”, pracująca nad książką „Neonowe ZOO”.