Ułatwienia dostępu

Audio

Elżbieta Lendzion / Społeczne Archiwum Warszawy

Transkrypcje

"Mój ukochany wujek, najmłodszy syn babci, kiedy mieszkali jeszcze na Krochmalnej i był nalot, ułamek bomby trafił w tę kamienice, w której mieszkali i prześlizgnęło mu się przez skroń. Czasami widziałam, że wujek na nodze ma coś, co inaczej wygląda. Nikogo w domu nie było, jacyś ludzie przypadkowi go wynieśli do szpitala i w szpital też trafiła bomba, więc sanitariusze wynosili tych, co widzieli że żyją. A wujek leżał zemdlony, minęli go,  myśleli, że jest nieżywy i niosąc jakiegoś rannego zawadzili i wujek wtedy stęknął i mówi: jeszcze tu jest żywy. Zawrócili, ale tylko mogli na ulicę go wynieść, bo szpital płonął. Ten uraz mu pozostał na całe życie. Po wojnie, jako osiemnastolatek dostał powołanie do wojska do służby zasadniczej. I kiedy zaczęły się ćwiczenia na poligonie, on biedny usłyszał strzały i wybuchy, spanikował i w takim amoku uciekł z tego poligonu. Pod koniec dnia, podczas liczenia, okazało się że brakuje jednego i w końcu doszli kogo. A już wiedzieli, że jego siostra była w AK, więc był podejrzany o dezercję, ale na szczęście był jakiś czas na obserwacji w szpitalu i za długo też nie można udawać, jeśli ktoś udaje i uznali, że nie jest zdolny do służby wojskowej. Jednak bardzo długo rodzina była nachodzona, bo jak to: siostra w AK, on uciekł z poligonu. Czasami jest tak, że podczas wojny bezpośrednio ludzie nie giną, ale powojenne różne urazy przez całe życie się wloką."

- Elżbieta Lendzion