autor: Paweł Pedrycz

Zabytki – typowe czy wyjątkowe?

Z praktycznego punktu widzenia problemem (oczywistej w końcu) ochrony zabytków jest pewien konflikt pomiędzy typowością a wyjątkowością. Nie wiadomo ostatecznie, czy dzieła naszej kultury materialnej powinniśmy chronić dlatego, że odzwierciedlają charakter danej epoki (a więc są „zwykłe”), czy też dlatego, że prezentują wybitne osiągnięcie ludzkiego geniuszu (a więc są „niezwykłe”). Pierwsze kryterium to walor poznawczy, drugie – artystyczny.

W rzeczywistości większość chronionych dzieł architektonicznych łączy te dwie cnoty,, czyli przekazują cały kulturalno-intelektualny bagaż czasów w których powstały, czyniąc to jednocześnie w sposób wyjątkowo umiejętny i elegancki. Dzieła architektury, czyli powiedzmy „budynki”, mają jednak prościej, bo są efektem pracy indywidualnych twórców (przez duże T). Są efektem zamierzonego, zaplanowanego i skoordynowanego działania powstałego w określonym i ograniczonym czasie.

Inaczej ma się sytuacja z założeniami urbanistycznymi. Te powstawały długo, tworzyło je wiele podmiotów cechujących się odmiennymi dążeniami i potencjałem,  a ich koordynacja była niepełna. Tak więc w przypadku zabytkowych struktur urbanistycznych równie ważna co ich doskonałość (reprezentacyjność, elegancja, piękno przestrzeni otwartych, dojrzałość stylowa poszczególnych elementów) jest ich niedoskonałość (spontaniczność, wewnętrzne zróżnicowanie, trwałość lub podatność na zmianę w czasie). Takie właśnie „pouczająco niedoskonałe” są najważniejsze warszawskie osie – Saska i Stanisławowska.

  Oś Saska - fragment barokowej doskonałości w niedoskonałym sosie warszawskim Oś Saska - fragment barokowej doskonałości w niedoskonałym sosie warszawskim

Ponieważ dzieła urbanistyki nigdy w pełni nie oddają zamierzenia indywidualnego twórcy (można nawet zaryzykować twierdzenie, że doskonałe, rozległe założenia – np. Wersal – są w rzeczywistości działami architektury), bardziej widać w nich uwarunkowania minionych epoki. Struktury miejskie opowiadają nam o: strukturze społecznej utrwalonej na mapie własności, o stylach zamieszkiwania odbijających się w typologii zabudowy, o lokalnej ekonomii ukazującej się w formie ulic i placów, o technologii mierniczej, budowlanej, obronnej i transportowej, o lokalnym i ponadlokalnym prawie, o ustroju, o higienie i o jeszcze innych niezliczonych uwarunkowaniach. Właśnie to czyni zabytki urbanistyki fascynującymi i to spowodowało, że systematycznie od początku XX wieku coraz szerzej rozumie się je i chroni. Uważnie śledząc miejską morfologię (widzialną formę miasta), możemy dowiedzieć się bardzo dużo o specyficznych warunkach historycznych.

Urbanistyka pod kloszem

Czy jednak miasta mogą być takimi „atlasami” historycznych uwarunkowań? Takie pojmowanie zakłada nie tylko ograniczenie modyfikacji, lecz także pewne ograniczanie użytku. O ile dość łatwo można wyobrazić sobie wyłączenie z regularnego użytku np. zabytkowej porcelany czy, nawet pojedynczego historycznego budynku, to w wypadku całych fragmentów miast nie jest to możliwe (ani pożądane). Miasta, nawet stare, muszą być użytkowane i siłą rzeczy będzie to użytkowanie współczesne, zgodne z warunkami obecnej epoki.

 Mimo że historyczne struktury urbanistyczn na ogół diametralnie odbiegają od tych kształtowanych przez współcześnie, zazwyczaj znajdują one nowe „zastosowanie” – czy to jako lokalizacje turystyczne, czy jako dzielnice studenckie, administracyjne lub inne, cenione przez swą wyjątkowość. 

Czasami miejsca takie swymi walorami przestrzennymi przewyższają wręcz miejsca współczesne (choćby przez duży potencjał integracyjny czy „wydajność klimatyczną”). Mamy wtedy do czynienia ze współgraniem wartości historycznych (poznawczych) i urbanistycznych (jakości przestrzeni). Takim miejscem w Warszawie z pewnością są wczesnomodernistyczne osiedla mieszkaniowe, np. Żoliborski WSM. Z jednej strony pokazuje ono: śmiałe (lecz nie rewolucyjne) eksperymenty formalne i typologiczne, rozwój idei spółdzielczości, wzrost znaczenia przyrody w mieście i inne ważne międzywojenne idee. Z drugiej do dziś stanowi doskonałe miejsce do życia dla różnorodnych użytkowników. Ma ludzką skalę, dużo zieleni, gradację przestrzeni otwartych itd. Nie przypadkiem osiedle to cieszy się taką popularnością.

Niestety zdarza się, że miejsca zabytkowe o istotnych walorach historycznych (świadczących o wyjątkowych stosunkach panujących w danej epoce lub o wpływie wybitnej jednostki) mają dziś ambiwalentne wartości przestrzenne. Mimo swojego potencjału słabo integrują się z resztą miasta lub po prostu nie są dobrym miejscem do życia. Mamy wtedy konflikt wartości historycznych i przestrzennych.

Dobrym przykładem jest Mariensztat – interesujący przykład socrealizmu, łączącego historyzujący, „narodowy” charakter architektoniczny z modernistycznymi zdobyczami urbanistyki. Ponadto jest to dzieło wybitnego Zygmunta Stępińskiego powstałe w równie burzliwych, co heroicznych latach powojennych. Wartość historyczna na najwyższym poziomie.

Co jednak z aspektem przestrzennym? Ten niestety  od dawna pozostawia wiele do życzenia. Mimo prestiżowej, centralnej lokalizacji między Starym Miastem a Wisłą założenie ma charakter bardzo peryferyjny. Wewnętrzna organizacja osiedla, jego skład typologiczny, program funkcjonalny i parametry urbanistyczne skutecznie zapobiegają rodzeniu się tam miejskiego życia. Mimo ewidentnego uroku, nie udaje się Mariensztatowi przyciągnąć mieszkańców, turystów, inwestorów ani zwykłych spacerowiczów. Przyczyny takiego stanu rzeczy to temat na osobny i znacznie dłuższy tekst.

 Wawel na Mariensztacie piękna kompozycja architektoniczna i świadek burzliwych czasów. Jednak pod kątem urbanistycznym smętny i opustoszały fragment WarszawyWawel na Mariensztacie piękna kompozycja architektoniczna i świadek burzliwych czasów. Jednak pod kątem urbanistycznym smętny i opustoszały fragment Warszawy

Taka konstatacja nie stanowi jednak wezwania do porzucania ochrony „niewydajnych” zabytkowych układów.  To raczej zachęta do ich dokładnego studiowania – a także umiejętnej interwencji. Zabytki urbanistyki odgrywają bowiem bardzo ważną rolę  – stanowią punkt odniesienia, a w pewnych aspektach także do naśladowania. Jako takie muszą funkcjonować dobrze, gdyż tylko w ten sposób będą wzbudzać szacunek, a nie politowanie.

Dlatego historyczne struktury muszą być poddawane ciągłemu sprawdzaniu pod kątem ich realnej przestrzennej jakości. Stale też powinna być prowadzona umiejętna polityka zmierzająca to podtrzymania lub przywrócenia tej jakości, np. poprzez odpowiednie zarządzanie i dysponowanie lokalami, organizację ruchu, urządzenie zielenią, a w skrajnych przypadkach także interwencje architektoniczne. Wszelkie ruchy muszą bezwzględnie wynikać ze zrozumienia istoty danego zabytku urbanistyki – zarówno jego typowości dla swojej epoki, jak i jego wyjątkowości na jej tle – i istoty tej nie zaburzać. Nie oznacza to jednak bezkrytycznego zamrożenia każdego fizycznego elementu przestrzeni. Ochrona urbanistyki to ochrona niematerialnych relacji, a nie ochrona substancji, zaś miasta z całym ich współczesnym życiem są zbyt dynamicznie, by je zakonserwować.   W tej sytuacji zabytkowe układy urbanistyczne jako nośnik pamięci, tradycji i kultury mają potencjał, by być bijącymi sercami miasta. Nie uzyskamy tego jednak, jeśli włożymy je do słoika z formaliną.

 

 

Artykuł powstał dzięki wsparciu finansowemu m.st. Warszawa.

autor: Paweł Pedrycz

Praktykujący urbanista. Współautor licznych opracowań dla stolicy, w tym: koncepcji zabudowy, Miejscowych Planów Zagospodarowania Przestrzennego, studiów wykonalności, a także wytycznych historyczno-urbanistycznych m.in dla Placu Krasińskich w Warszawie. Badacz morfologii miejskiej na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Interesuje się relacjami między strukturą i forma miasta a uwarunkowaniami je kształtującymi.